Moje dobre życie z chorą tarczycą

Elżbieta Lewkowicz, nauczycielka polskiego z Wołomina pod Warszawą, to atrakcyjna 47-latka. Choć od kilku lat boryka się z chorobą Hashimoto, czyli przewlekłym zapaleniem tarczycy, jest aktywna i pełna energii.

Ostatnie sześć lat to ciągła walka Elżbiety o to, żeby – jak mówi – zachować status quo i nie obciążyć innych swoimi problemami. Kłopoty ze zdrowiem, jak długo się dało, ukrywała przed rodziną, uczniami i przyjaciółmi.

Oszukiwała też samą siebie, bo gdy ciało odmawiało posłuszeństwa, lekceważyła sygnały choroby. Zmęczenie starała się zlikwidować kolejną kawą, rozdrażnienie i kłopoty z pamięcią tłumaczyła wiekiem, a kłopoty ginekologiczne nadchodzącą menopauzą.

Kilogramy z powietrza

Reklama

– Nie jestem jedyną Polką, która tak się zachowuje. To po pierwsze wynik tego, jak zostałyśmy wychowane, czyli dążenia do perfekcji na każdym polu i nieobciążania rodziny swoimi lękami. Po drugie, zwykłej niewiedzy – uśmiecha się. – Większość z nas nie zdaje sobie sprawy z roli tarczycy.

Tymczasem od produkowanych przez nią hormonów zależy praktycznie wszystko: samopoczucie, sprawność intelektualna, przemiana materii, skoki cholesterolu i ciśnienia. Ale także – co szczególnie istotne dla kobiet – wygląd. Elżbieta, zawsze atrakcyjna, zadbana i szczupła, po czterdziestce przestała rozpoznawać siebie w lustrze. Jadła to samo co wcześniej, ale nagle zaczęła tyć.

Miała wrażenie, że dodatkowe kilogramy biorą się z powietrza. Przez osiem miesięcy przytyła 22 kg, rysy twarzy rozmyły się, włosy wypadały garściami, a skóra, wcześniej sprężysta i gładka, zaczęła się łuszczyć. – Znajomi przestali poznawać mnie na ulicy, a ja czułam, że ciało wymyka mi się spod kontroli – wspomina.

– Ograniczałam jedzenie, ale wciąż tyłam. Starałam się chodzić na ćwiczenia, ale byłam zbyt zmęczona. Zaczęłam też mieć kłopoty z synchronizacją ruchów. Wcześniej chodziłam z przyjaciółką z kijkami, ale teraz naprzemienne stawianie kroków wydawało się czymś nie do wykonania.

W szczytowym momencie choroby trudność sprawiało wstanie z łóżka: bolały mięśnie, strzykało w kręgosłupie, który musiał sobie radzić z dodatkowymi kilogramami. Kiedy nie dało się już udawać, że jest zdrowa (szacuje, że po czterech latach od pojawienia się pierwszych symptomów), mąż i nastoletnie dzieci musieli radykalnie odciążyć ją w codziennych obowiązkach.

Po raz pierwszy w życiu sama nie umyła okien na święta, nie wyprała firanek, nie zasadziła kwiatów w przydomowym ogródku, nie zrobiła wiosennych porządków w szafie. Dziękowała za pomoc, cieszyła się, że rodzina stanęła na wysokości zadania, ale w głębi duszy była przerażona swoim stanem.

– Myślałam: skoro tak wygląda wchodzenie w starość, jak będę się czuła jako sześćdziesięciolatka? – wspomina Elżbieta. O tym, że może mylić menopauzę z chorobą tarczycy, powiedziała jej koleżanka z pokoju nauczycielskiego.

Wtedy po raz pierwszy usłyszała o chorobie Hashimoto, czyli przesterowaniu układu immunologicznego prowadzącym do – w dużym skrócie – samozniszczenia tarczycy. Natychmiast pomyślała, że ma wszystkie wymienione przez koleżankę objawy i musi zgłosić się z nimi do lekarza. Zapał utrzymał się przez kilka dni. A potem – jak zawsze – było coś ważniejszego do zrobienia, czyli matury, sprawdzanie prac, szykowanie dzieci na wakacje…

Powrót do siebie

Na szczęście organizm sam zawalczył o siebie. Czyli zafundował jej przedłużającą się, wyjątkowo obfitą miesiączkę. Przestraszona zgłosiła się do ginekologa.

Ten skierował ją do onkologa, skąd wyszła ze skierowaniem do endokrynologa, który z kolei zlecił jej USG, biopsję guzków tarczycy i badanie TSH, czyli określenie we krwi poziomu tyreotropiny, hormonu przysadki mózgowej sterującego pracą tarczycy.

Same ukłucia były bezbolesne, najgorzej wspomina oczekiwanie na wyniki. Bała się nowotworu, obwiniała, że tyle czasu zwlekała z leczeniem, martwiła się, jak wyniki przyjmą jej bliscy.

– Bezsilność i niepewność były najgorsze – wspomina. – Dlatego kiedy lekarz powiedział, że nie mam raka, a podwyższone TSH i obecność we krwi przeciwciał tarczycowych świadczą o niedoczynnności tarczycy spowodowanej chorobą Hashimoto, poczułam ulgę. Wreszcie wiedziałam, co mi jest.

Wspomina, że internista, który od ponad 20 lat zajmuje się nią i jej rodziną, wpisując chorobę do karty, zapytał: „I co, pewnie chciałaby pani wiedzieć, jak się żyje z tym Hashimoto? Całkiem nieźle. Pod warunkiem że nie zaniedbuje się badań kontrolnych i przyjmuje leki”.

I faktycznie. Elżbieta przyznaje, że już po kilku dniach przyjmowania leków (Euthyrox, syntetyczny hormon tarczycy) zaczęła odzyskiwać kontrolę nad ciałem. Zniknęły bolesne przykurcze mięśni, powoli ustępowało zmęczenie, senność pojawiała się o normalnej porze, a nie utrzymywała przez cały dzień.

Ale przede wszystkim pod wpływem zbawiennych hormonów po raz pierwszy od dawna poczuła się szczęśliwa i pełna energii. Znów miała siłę na sadzenie kwiatów w ogródku, dojazdy na drugi koniec Polski do studium reklamowego (w ramach przekwalifikowania poza językiem polskim uczy teraz także przedmiotów zawodowych) czy długie wędrówki z psem po lesie. Teraz jedyne co przeszkadzało, to dodatkowe kilogramy.

– Przyszły z powietrza, jednak wyjątkowo trudno było się ich pozbyć – przyznaje. – Ale paradoksalnie to, co wcześniej przeszkadzało mi w dopuszczeniu do siebie myśli, że mogę być chora, czyli perfekcjonizm i dyscyplina wewnętrzna, teraz okazało się pomocne w dojściu do formy. Dwa razy w tygodniu chodziłam na pilates, codziennie robiłam po cztery, pięć kilometrów na kijkach. Kiedy wyjechałam do sanatorium podleczyć szwankujący kręgosłup, poprosiłam o rozpisanie diety i w domu starałam się ją utrzymać. Stopniowo, krok po kroku wracałam do siebie.

Nowa filozofia życia

Jak przyznaje pół-żartem, pół-serio, odkrywca choroby, doktor Hashimoto (od jego nazwiska powstała nazwa choroby) zmienił nie tylko jej styl życia, lecz również filozofię życiową.

Nagle poczuła, że nie musi być idealna. Ma prawo do słabości i jeśli nie ma ochoty gotować obiadu, korzysta z garmażerii, albo zamiast myć okna w domu, zleca to firmie sprzątającej.

– Przede wszystkim jednak choroba dała mi coś w rodzaju misji – uśmiecha się. – Choroba Hashimoto dotyka co dziesiątego człowieka na świecie, nie tylko kobiety, ale też coraz więcej mężczyzn. Mimo to ludzie lekceważą jej objawy.

I męczą się, wpadają w depresję, wydaje im się, że nie ma dla nich pomocy i rezygnują z jej poszukiwania. A przecież wystarczy tak niewiele: wizyta u endokrynologa, testy z krwi. To nie boli, a może uratować życie (na samą chorobę się nie umiera, tylko na spowodowane przez nią powikłania, np. zaburzenia układu krążenia). Misja Elżbiety na pierwszy rzut oka nie wygląda spektakularnie.

Ot, po prostu, kiedy zauważy, że ktoś ze znajomych gwałtownie przytył, stał się apatyczny, boryka się ze zmiennymi nastrojami, mówi mu o swoim przypadku. Przekazuje numery telefonów, adresy internetowe stron poświęconych chorobie. Dzięki temu kilka koleżanek zgłosiło się do endokrynologa i w porę zaczęło kurację. – Ale kilka osób, z którymi rozmawiałam o Hashimoto, uznało, że ta choroba ich nie dotyczy – wspomina.

– Tymczasem, wbrew stereotypom, zapadają na nią nie tylko kobiety w średnim wieku, ale też coraz więcej mężczyzn i nastolatków obojga płci. Czasem, na szkolnym korytarzu, widzę uczniów, którzy wcześniej pełni energii nagle stracili radość życia, a zyskali na wadze. Wtedy daję im wydrukowane na karteczkach numery telefonów do endokrynologów. To, że zadzwonią i zaczną się leczyć, jest moim największym sukcesem. Nie tylko pedagogicznym.

Artykuł pochodzi z kategorii: Choroby

Olivia

Zobacz również

  • Dokuczliwa pokrzywka

    Wywołane nią zmiany przypominają te, które powstają po kontakcie skóry z zielem pokrzywy – stąd nazwa. więcej