Jak brak seksu wpływa na nasze życie?

Seks jest równie ważną potrzebą, jak dach nad głową, bezpieczeństwo. Trudno żyć miesiącami bez mieszkania, bez seksu jest łatwiej. Pozornie. Bo życie bez pożycia źle wpływa na związek, brak fizycznej bliskości oddala nas od siebie, wyostrza konflikty. A gdy między dwojgiem ludzi jest namiętność, patrzymy na siebie życzliwiej, łatwiej sobie wybaczamy słabości. Warto więc dbać o seks. We dwoje.

Reklama

Twój STYL: Wie pani co! Mam dosyć seksu. Jest przereklamowany. Właściwie to mogłabym go wykreślić z życia już na zawsze. Słyszy pani takie wyznania od pacjentów? Bo z ostatnich badań wynika, że Polacy kochają się coraz mniej.

Anna Golan: Nie jestem wcale pewna, czy jest tak, że kochamy się coraz mniej, czy też po prostu sądzimy, że powinniśmy częściej uprawiać seks. Przecież on jest obecny w prawie każdym serialu, filmie, w telewizji pełno jest reklam cudownych specyfików, dzięki którym będziemy mogli dłużej, lepiej, bardziej... Seks jest tam cudowny, ekstatyczny, wymyślny, dziki. W porównaniu z nim nasze życie intymne wypada blado. Bywa, że pacjenci skarżą się w gabinecie, że ich życie erotyczne właściwie zamarło.

TS: Komu częściej brakuje pieszczot, mężczyznom czy kobietom?

AG: Stereotyp jest taki, że mężczyznom. Ale obserwacje z gabinetu tego nie potwierdzają: równie często trafiają do mnie pary, w których to on narzeka na brak seksu, jak i te, w których to jej brakuje zbliżeń. Bo on nie ma ochoty, jest zmęczony, boi się, że coś mu nie wyjdzie, ma problemy z erekcją. Wymawia się bólem głowy albo przychodzi do łóżka dopiero wtedy, gdy ona śpi. To powoduje konflikty, bo rzadko kiedy rozmawiamy o seksie wprost, spokojnie. Częściej jedno się obraża, wykłóca, kobiety czasem płaczą, i to oczywiście nie zachęca do intymności. Problem narasta, presja jest coraz większa, tym większa, im dłużej cała sytuacja trwa.

TS: Dłużej, czyli ile? Na jak długą „dietę” seksualną możemy sobie pozwolić bez konsekwencji?

AG: Kilkumiesięczną. Raczej dwu-, trzy- niż ośmiomiesięczną. Okres 6–8 tygodni przerwy w aktywności seksualnej jest naturalny w pewnych okresach życia. Po porodzie, kiedy chorujemy czy dochodzimy już do siebie po chorobie. To zupełnie normalne, że w tym czasie nie czujemy pożądania.

Jednak warto wykorzystać to doświadczenie do przyjrzenia się naszemu związkowi. Większość osób będących w stałych relacjach w którymś momencie ich trwania zaczyna dostrzegać, że do wspólnej sypialni zakradły się nawyki i przyzwyczajenia. To, co zawsze działało, sprawdzone sposoby sprawiania partnerowi i sobie przyjemności, po jakimś czasie staje się powtarzalne i przewidywalne.

Czy powinno nas to niepokoić? Cóż, w dużym stopniu zależy to od osobowości. Nie wszystkim ten spokój i stałość będą przeszkadzały. Przychodzą do mnie pacjenci, którzy nie kochają się od roku, a nawet dwóch lat i mówią: „No wie pani, jakoś to się przedłużyło”. Czasem początkiem „diety” jest ciąża albo narodziny dziecka. Partnerzy muszą przyzwyczaić się do nowej sytuacji, niektórzy potrzebują do tego czasu. I to jest jak najbardziej w porządku, przypływy i odpływy namiętności są naturalne. Ale nie udawajmy, że zupełnie bezkarnie, bez konsekwencji dla jakości związku, możemy sobie po prostu seks odpuścić.

Bo żeby być z kimś wiele lat, żywić do niego pozytywne uczucia, lubić, podziwiać, odczuwać wdzięczność, nie gniewać się o porozrzucane skarpetki i inne drobnostki, trzeba się do tej osoby zbliżać. Także fizycznie. Pamiętajmy, że w czasie stosunku wydziela się oksytocyna, hormon więzi. To sprawia, że patrzymy na drugą istotę – z jej wadami, słabościami, oczami podpuchniętymi po nocy, nie zawsze przyjemnym zapachem ciała – z czułością.

TS: Bez pożycia ta czułość znika?

AG: Trochę niestety tak. Pary, które nie uprawiają seksu, najczęściej skarżą się w gabinecie na dojmujące poczucie osamotnienia, oddalenia. Sądzą, że brak seksu jest jednym z objawów, często nie widzą, że to właśnie od tej „diety” wszystko się zaczęło. I im dłużej trwa ten post, tym trudniej jest go porzucić. Jeden z pacjentów, młody mężczyzna, przestał kochać się ze swoją dziewczyną, bo dostał awans w pracy.

Siedział w biurze po dziesięć, dwanaście godzin, był przemęczony, do łóżka szedł tylko po to, żeby się choć trochę wyspać. Ona z początku próbowała inicjować zbliżenia, rozmawiać o tym, co się między nimi dzieje, ale on szybko ucinał temat.

Po pewnym czasie przestała go podejmować i tak sobie żyli w ciszy i zgodzie przez jakiś czas, jak brat z siostrą. Wtedy ni stąd, ni zowąd ona zaczęła mówić, że powinni się rozstać. On zorientował się, co traci, chciał wrócić do wieczornych pieszczot, stosunku, ale dziewczyna nie była już zainteresowana. I to mnie wcale nie dziwi.

TS: Dlaczego?

AG: Bo jeśli w związku nie jest zrealizowana tak ważna biologiczna potrzeba jak popęd seksualny, to musimy sobie to jakoś wytłumaczyć, zracjonalizować. W przeciwnym wypadku będziemy cierpieć. Nie jesteśmy przecież w stanie co noc mierzyć się z poczuciem przegranej, odrzucenia przez kogoś, kto nam się podoba. Zaczynamy się odkochiwać.

Blokujemy potrzebę seksualną, próbujemy nie reagować na sygnały podniecenia płynące z ciała. Uczymy się je ignorować, w dodatku z powodzeniem. Po pewnym czasie widok partnera, zapach jego ciała już na nas nie działa. Jakbyśmy dostali szczepionkę.

TS: I co wtedy?

AG: Bywa, że ktoś mówi w gabinecie: świetnie się dogadujemy, mamy te same poglądy i pasje, ale on mi nie pachnie! Nie mam na niego ochoty, i już. Partner budzi jakąś awersję, niechęć. Myśl o seksie nie jest nawet obojętna, staje się odpychająca. I to już jest bardziej skomplikowany problem niż tylko niskie libido. Doświadczony terapeuta wie, że w tym przypadku ma do czynienia z jakimś problemem w relacji.

On mógł powstać na skutek ciągłej deprywacji, czyli przycinania potrzeby seksualnej, bo partner nie chciał, nie mógł, odmawiał nam bliskości. Albo dlatego, że to myśmy się zmuszały, przełamywały fizyczną niechęć, nie było podniecenia, lubrykacji, stosunek był nieprzyjemny. Nauczyłyśmy się, że seks to ból, przykrość. Myśl o zbliżeniu z partnerem staje się odpychająca lub budzi lęk.

TS: Ale może to się dzieje już wcześniej? Wystarczy przejść się latem po popularnym kurorcie czy plaży, żeby zobaczyć zadbane, atrakcyjne kobiety w towarzystwie opasłych, niechlujnych mężczyzn. Zdziwiłabym się, gdyby w tych związkach kwitła dzika namiętność.

AG: W dzisiejszych czasach coraz więcej się od nas wymaga. Mamy być ludźmi sukcesu i na nich wyglądać. Zdaje się, że kobiety radzą sobie z tymi wyzwaniami lepiej niż mężczyźni. Często są aktywne zawodowo, rozwijają się, a jednocześnie chcą się podobać i dbać o rodzinę. Pragną być atrakcyjne. W telewizji pełno jest programów, z których można się dowiedzieć, jak być piękniejszą, jak dobrać makijaż i fryzurę do typu urody, jak modnym ubraniem zamaskować ewentualne mankamenty figury.

Panowie szukają wiedzy i inspiracji w poradach motoryzacyjnych. To ma swoje konsekwencje: kobieta przestaje widzieć w partnerze, który o siebie nie dba, nie rozwija się, także intelektualnie, kochanka. Towarzysza rozmów – tak. Kogoś, kogo poprosi o wbicie gwoździa, kto ma swoje obowiązki w domu – być może. Ale już nie tego, który podnieca, sprawia, że krew szybciej krąży w jej żyłach.

TS: Chodzi tylko o wygląd?

AG: Nie zawsze. Żyjemy w świecie wielkiego wyboru różnych modeli związku, w konsekwencji czasem też pomieszania ról. Bywa, że kobieta zarabia więcej od partnera. Może nawet on doskonale zajmuje się dziećmi i wspaniale gotuje, a mimo to ona jest poirytowana, mężczyzna działa jej na nerwy. Teoretycznie odpowiada jej, że to ona robi karierę. W praktyce głęboko w podświadomości ma zakodowane, że mężczyzna jest zdobywcą i łowcą, a jeśli nie, coś chyba z jego męskością nie tak. To sprzeczność, z której często nie zdajemy sobie sprawy.

TS: I co mam zrobić, jeśli nie widzę mężczyzny w moim partnerze? Powiedzieć mu: kochany, przejrzyj się w lustrze i porównaj ze swoim zdjęciem sprzed dziesięciu lat? Albo: zacznij zarabiać, bądź zwycięzcą, bo inaczej z seksu nici?

AG: Po pierwsze dobrze jest sobie uświadomić, co mi przeszkadza w relacji i sprawia, że mój mężczyzna już nie budzi we mnie podniecenia. To, co nieuświadomione, rządzi nami. Jeśli wyciągnę „trupa z szafy”, być może nabiorę dystansu, uda mi się obśmiać całą sytuację.

Przy okazji zdam sobie sprawę, że nie chcę dłużej hołdować konserwatywnym przekonaniom na temat męskości i kobiecości. Po drugie należałoby się zastanowić, czy partner jest w stanie zmienić to, co mnie zniechęca w jego wyglądzie, zachowaniach? I co właściwie mógłby zrobić?

Może wcale nie chodzi o jego dodatkowe kilogramy, ale o to, że od wielu lat nie dostałam od niego kwiatów, nie usłyszałam komplementu, nie poczułam się jak kobieta. Bezwzględne postawienie sprawy „albo zrobisz coś ze sobą, albo nie będę się z tobą kochać” jest nadużyciem, manipulacją.

Demonstracją braku szacunku. Wcale nie zdziwiłabym się, gdyby mężczyzna na takie ultimatum odpowiedział: „Wiesz co, ja też już nie mam ochoty na seks z tobą”.

TS: A może w tym związku zabrakło tajemnicy? Odsłoniliśmy jedno przed drugim już wszystko. Mam znajomą, która namówiła męża na poród rodzinny, na który on nie miał ochoty. Powiedziała potem: „Wiesz, to nas do siebie niesamowicie zbliżyło. Ale przytrafiły się komplikacje i… no, dość powiedzieć, że teraz to raczej nie będziemy już kochankami”. Inna wyznała, że widok partnera pieszczotliwie przemawiającego do ich półrocznej córeczki zwyczajnie ją odpycha.

AG: Poruszyła pani dwie kwestie. Bliskości i rodzicielstwa. Najpierw chciałabym powiedzieć o tej drugiej, bo rzeczywiście coś jest na rzeczy: żyjemy w czasach, w których rodzinami rządzą dzieci. To one są najważniejsze przy świątecznym stole, wygłaszają opinie, których wszyscy z zaciekawieniem słuchają. Oglądałam dokument o wybitnym psychoterapeucie Irvinie Yalomie i jego rodzinie. Yalom, człowiek już sędziwy, od kilkudziesięciu lat żyje z tą samą kobietą, która jest jego żoną, towarzyszką, przyjaciółką, najbliższą powiernicą.

Mają czworo dzieci i wiele wnucząt. Ciekawa sprawa: wszystkie dzieci Yaloma są po rozwodzie. Reżyser filmu docieka przyczyn i oto, czego się dowiaduje: w przeszłości córki i synowie Yaloma zazdrościli rodzicom ich niezwykłej więzi, tego, że byli wobec siebie tak lojalni, wierni, dla niej zawsze jego zdanie było najważniejsze i na odwrót. Dzieci postanowiły, że w dorosłości stworzą inne związki. I tak zrobiły: słuchały przede wszystkim swoich dzieci, to z nimi głównie spędzały czas. Rezultat?

TS: Rozwody.

AG: Tak, bo nadmierna koncentracja na dziecku może być przejawem niedojrzałości. To narcystyczne podejście: dziecko musi ze mną być, bo jest krwią z mojej krwi, nie ma wyboru. Kobieta go ma, coś jej się nie będzie podobało, więc odejdzie. A wtedy zaboli. Angażując się przede wszystkim w relację z tym, kto nigdy nas nie porzuci – z dzieckiem – chronimy się przed cierpieniem. W konsekwencji nie zostawiamy już przestrzeni na partnera, kochanka. Ta osoba – teoretycznie najbliższa – jest wówczas spychana na drugi plan.

TS: A co zrobić, żeby była na pierwszym? Jak zdetronizować dziecko?

AG: Wystarczy zachować zdrowy rozsądek. Jest oczywiste, że gdy partnerska dwójka zmienia się w rodzinną trójkę, rodzice zakochują się w dziecku. Tak wpływają też na nich hormony, które wydzielają się podczas opieki nad niemowlakiem. Ale z czasem warto dziecko odstawiać od piersi, a nawet w którymś momencie, gdy przeniesie się do swojego pokoju, rodzice mogą w drzwiach sypialni zamontować zamek. Lub przynajmniej nauczyć: jeśli drzwi są zamknięte, to znaczy, że chcemy mieć czas dla siebie i nie należy nam przeszkadzać.

Musi być jasne, że partnerzy są nie tylko mamą i tatą, ale też kobietą i mężczyzną. I jeśli wchodzą w te role, dzieci im nie towarzyszą, bo to jest świat dorosłych. Nie chodzi tylko o seks, także o rozmowy w cztery oczy, romantyczne wyjścia do restauracji czy wyjazdy na weekend.

TS: Rozumiem, że w sypialni nie ma też miejsca na dziecięce zabawki, spodenki do zacerowania leżące na nocnym stoliku?

AG: Nie. Ani na telewizor, laptop, plik dokumentów z biura. Sypialnia to teren dorosłych, służy do snu, rozmów we dwoje i oczywiście seksu.

TS: Wróćmy jeszcze do bliskości, czyli braku tajemnicy.

AG: Zarówno nadmierna bliskość, jak i jej brak niszczą seks. Pożądamy tego, co dla nas nie do końca znane, niezdobyte. Oczywiście, nie chodzi o to, żeby nie pokazywać się partnerowi bez wieczorowego makijażu, ani o to, by zachowywać się w sposób sztuczny, na przykład wzbudzać zazdrość, flirtując na przyjęciach z innymi. To raczej kwestia ciekawości: przekonania, że mężczyzna wciąż ma nam coś interesującego do powiedzenia, czego nie słyszałyśmy, czego o nim nie wiemy. Właśnie ta niewiadoma sprawia, że w początkach znajomości kochankowie są siebie tak spragnieni.

TS: Ale po kilku latach związku już się tak nie dzieje, rzadko kochamy się spontanicznie, w przedpokoju czy w lesie na spacerze. Są pary, które się umawiają: w piąt- ki, po kolacji i kieliszku czerwonego wina zawsze mamy seks. Dobry pomysł?

AG: Kolacja, wino, wyjście do teatru, uwodzenie partnera, propozycja masażu – to świetny pomysł. Ale nie dodawałabym do tego programu obowiązkowego punktu: „Czas na seks”. Bo gdy któreś z nas nie ma ochoty, zbliżenie może się zwyczajnie nie udać.

Po co się tak stresować? Znacznie lepiej stworzyć sytuację, która może, ale nie musi skończyć się w łóżku. A taki pomysł na piątkowy czy sobotni wieczór jak romantyczne sam na sam, do którego się przygotowujemy – także dbając o elegancki ubiór, fryzurę – może zaowocować ochotą na jeszcze więcej bliskości. Zwłaszcza w przypadku kobiet.

Z badań wynika, że ten osławiony „seks spontaniczny”, czyli, obrazowo mówiąc, scenariusz pt. „rzucamy się na siebie w windzie i kochamy jak szaleni” – to raczej domena mężczyzn. Seksuolodzy odkryli, że u kobiet podniecenie pojawia się częściej wtedy, gdy czują, że partner o nie dba, zabiega, gdy poświęca im uwagę. Kobieta myśli: „Jaki on troskliwy, dobry, fajny!”, czuje wdzięczność, radość i bywa, że w ślad za tymi emocjami podąża pobudzenie i apetyt na pieszczoty.

TS: Postępuję według pani wskazówek, czyli: stawiam na pierwszym miejscu partnera. Odstawiam dziecko raz w tygodniu do teściowej, żebyśmy mieli z mężem „wolną chatę”. Ja w koktajlowej sukience, on w garniturze, idziemy do restauracji, pijemy wino, on coś opowiada, ja słucham. Miło jest. Ale mimo to nadal nie chce mi się z nim kochać. Co teraz?

AG: Dobrze by było, żeby zastanowiła się pani, czy chodzi ogólnie o seks, czy tylko o seks z pani partnerem. Nie ma pani ochoty w ogóle, czy nie ma pani ochoty tylko na pieszczoty z mężem? Ma pani sny erotyczne? Czy czasem czuje się pani podniecona? Czy widuje pani mężczyzn w biurze, na ulicy, w sklepie, z którymi chciałaby się pani kochać? Jeśli nie, doradzałabym, żeby na początek poszła pani do lekarza.

To kwestia zmęczenia, niedospania, może należałoby sprawdzić poziom hormonów. Pamiętajmy, że seks nie bierze się z powietrza. Ochota na niego pojawia się, gdy organizm dobrze funkcjonuje. Ktoś, kto fatalnie się odżywia, pali, nadużywa alkoholu, nie uprawia sportu, jednym słowem nie dba o siebie, raczej nie jest dobrym materiałem na kochanka – i ta zasada dotyczy obu płci. W zdrowym ciele zdrowe libido.

TS: A jeśli mam dobrą kondycję, jestem szczęś liwa, zadowolona z własnego życia, a mimo to partner nie działa na mnie erotycznie, co wtedy?

AG: Pytanie: co się między panią a partnerem stało, że przestaliście być dla siebie kobietą i mężczyzną, kochankami? I jak można do tego wrócić? Niektóre pary w kryzysie znajdują jakąś nową, wspólną pasję. Na przykład zaczynają podróżować po świecie albo uprawiać ekscytujący sport. Na nieznanym gruncie, w nowych rolach łatwiej zobaczyć, że ten drugi, najbliższy człowiek ma tak naprawdę przede mną wiele tajemnic.

Bo na przykład okazuje się, że świetnie radzi sobie w trudnych sytuacjach, np. spóźniliśmy się na samolot, ja wpadłam w panikę, a on wszystko na spokojnie załatwił, zadbał o nas, zaimponował mi. Albo zaczynamy razem biegać półmaratony i jego wytrwałość, dążenie do przełamywania własnych słabości budzą mój podziw. Nagle widzę mężczyznę, z którym śpię w jednym łóżku od piętnastu lat, w zupełnie innym świetle. I to, co widzę, bardzo mi się podoba. Z tego może być naprawdę fajny seks.

TS: Faktycznie, znam małżeństwa z wieloletnim stażem, które nagle dokonały życiowej wolty, zajęły się żeglarstwem albo poszły na kurs tanga argentyńskiego i narodziły się na nowo. On odmłodniał na oko o dziesięć lat, ona trochę schudła, zmieniła uczesanie, zaczęła nosić szpilki. Widać, że w tych związkach aż kipi od seksu.

AG: Też znam takie pary. To budzi nadzieję i jest dowodem, że jeśli kiedyś udało nam się kogoś zdobyć, zauroczyć, ciągle mamy w sobie ten potencjał rozbudzania miłości i pożądania. W sobie i w partnerze. Naprawdę warto to wykorzystać dla własnego dobra i naszego związku.

Rozmawiała Jagna Kaczanowska, psycholog

Anna Golan jest psycholożką i seksuolożką kliniczną. Zajmuje się terapią indywidualną i partnerską. Ma swój gabinet w Warszawie.

Artykuł pochodzi z kategorii: Seks i antykoncepcja

Więcej na temat:

Zobacz również

  • Dlaczego po czterdziestce warto mieć ochotę na seks

    Dobrze wiemy, że w związku nie wolno zapomnieć o zażyłości, radości, wzajemnym zrozumieniu. Ale także o seksie, który jest bardzo ważny w budowaniu i utrzymaniu bliskości dwojga ludzi. więcej